Inflanty +

Czerwiec 11, 2013

No dobra … była przerwa, były wyjazdy po drodze ale bez wpisów … no cóż. Czas na reaktywację :>

Punkt docelowy –  Gjesværstappan. Gdzież to ? No właśnie – google be my guide :P

Czas wyjazdu: 21.06.2013 – 07.07.2013

Gdzie: Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia, Norwegia

Przybliżony kilometraż: 6300km

Transport: samochód własny

Ekipa: Fera, Siarka, Leon (Ola sie nie skusiła :>)

 

Ciąg dalszy na: Inflanty

Zielona wyspa Nowa Zelandia

Listopad 17, 2011

Po 6 godzinnym przelocie dotarliśmy do ostatniej wyspy zwiąxanej z kulturą polinezyjską – Nowej Zelandii. Tym razem też nie mamy za dużo czasu, wiec od razu samochód i przejaz na południe wyspy północnej do Rotoruy. Pogoda podobna jak na Wyspie Wielkanocnej, jesienna. Wyspa baaaardzo zielona, wygląda dokładnie jak z pocztówek z NZ – wszedzie pagórki pokryte jakby równie przystrzyżoną trawą i na zboczach pasące się krowy :)

Dzisiaj w planach zobaczenie tryskającego gejzera Wai-O-Tapu, może kąpiel w gorącej rzece a potem już farma na której kręcono Władcę Pierścieni i powrót do Auckland. Zdjęcia niedługo :)

Moorea – karmienie drapieżników

Listopad 16, 2011

Dziś mieliśmy zaplanowaną wyprawę Lagoon Tour. Około 9 rano odebrali nas w hotelu i po dotarciu na łodkę ruszyliśmy drogą wyznaczoną przez lagune. Pierwszym głównym punktem wycieczki było karmienie rekinów i płaszczek. Był to najgorszy moment dla mnie za to najbardziej wyczekiwany dla Łukasza. Kolor wody zachęcał do kąpieli jednak ilość rekinów i wielkich płaszczek napawała mnie ogromnym strachem. Po chwili jednak udało się przezwycieżyć wrodzoną obawę przed bliskim spotakniem z rekinami i weszłam do wody. Szooook. Rekiny i płaszczki były wszędzie. Bez zbędnej krępacjii pływały pod nami, obok czy momentami nawet nad naszymi głowami. Zadrżałąm jeszcze raz w momencie gdy przyszła pora na karmienie rekinów i przewodnik zaczął rzucać mięso kilka metrów przed nami, a tam akurat pływał Łukasz. Szybko go ściągnął do grupy aby wygłodniałe rekiny mogły się spokojnie najeść i nie wzięły go za wielki kawał świeżego mięcha:)

Ostatnim najlepszym momentem wyprawy był pobyt na Coco Beach, gdzie mięliśmy zaplanowany czas wolny oraz upragniony juz lunch. Kiedy ekipa grilowała nam mięsko i rybke pan przeowdnik pokazywał jak przyrządzić surową rybę w mleczku kokosowy z dowolnymi warzywnymi dodatkami. W naszym przypadku była to ryba Marlin, którą na samym początku należy mocno posolić nastepnie wypłukać w zwykłej oraz słonej wodzie. Kiedy ryba jest juz umyta należy skropić lemonką, wrzucić dodatki i polać mleczkiem kokosowym a nastepnie wszystko dobrze wymieszać. Nie sądziłam że surowa ryba z mleczkiem kokosowym może tak rewelacyjnie smakować. Był to najlepszy posiłek z wszystkich dań do wyboru:) Po lunchu snoorkowaliśmy w przezroczystej niebiesiutkiej wodzie oglądając rafy, których było pełno przy plaży oraz różnorodne rybki. Na koniec przewodnik o wyglądzie aborygena z dredami na głowie zrobił krótki pokaz jak obchodzic sie z kokosem , czyli pełną procedurę od wybrania najlepszego świeżego poprzez metodę obierania, rozłupania kokosa na ekstrakcjii soku, wiórek i mleczka kokosowego skończywszy.

Polinezja – la Orana

Listopad 15, 2011

Na Tahiti przenaczyliśmy jeden dzień. Od razu po wylądowaniu wynajęliśmy samochód, aby nastepnego dnia od rana objechać całą wyspę. Cięzko jednak zaplanować trasę, bo drogowskazy nie sa zbyt pomocne. Na szczęście co niespotykane w naszym kraju pewien miły pan nie mogąc wytłumaczyć nam jak dotrzeć do celu wsiadł w samochód i popilotował nas do wyjazdu za miasto. Na poznanie Tahiti przeznaczyliśmy tylko jeden dzień gdyż zarówno turyści jak i mieszkańcy Polinezji uważają wyspę za najmniej urokliwą, z dużym ruchem samochodowym i zalecają traktować ją jako transfer na inne wyspy. Wojaże po wyspie zaczęliśmy z samego rana udając się z Papeete na Pointe Venus. Miejsce to jest traktowane przez lokalnych jako bazę wypadową w wolnych chwilach od pracy, z publiczną plażą, ale co najważniejsze, z punktem gdzie przez krótki okres stacjonował James Cook. Ponadto jest to miejsce gdzie znajduje się pomnik upamiętniający sławną historię buntu na statku HMS Bounty w XVIII wieku.


Udało nam się ponadto zobaczyć wspaniałe potrójne wodospady w środku wyspy, gdzie kolejnym miłym zaskoczeniem była możliwość kąpieli u podnóża spadającej wody. Oczywiście Lukasz, nawet nie mając stroju do pływania nie mógł przegapić takiej okazji i gdy tylko dotarliśmy na miejsce od razu wskoczył do wody :)

Jadąc jedyną drogą prowadzącą wokół wyspy można podziwiać wspaniałe widoki brzegu oceanu, który praktycznie styka się z poziomem jezdni. W południowej części Tahiti znajdują się również warte zobaczenia jaskinie otoczone bujną polinezyjską roślinnością.

Czas na posiłek – 10 minut. Gdzie najszybciej można dostać jedzenie ? :)

Po południu, około godziny 16 dostaliśmy się na prom, który przetransportował nas na pobliską siostrzaną wyspę Moorea.
Podróż promem minęła dość szybko bo po około 30 minutach byliśmy na miejscu. Po znalezieniu bagaży ( bo traktowaliśmy je jak przy przelotach) złapaliśmy publiczny autobus i udaliśmy się do naszego pensjonatu Motu Iti (mała wyspa). Zarezerowaliśmy bungalowa z widokiem na lagune, ale to co zobaczyliśmy przeszło nasze oczekiwania.Po otworzeniu drzwi tarasowych okazało się, że mamy dosłownie 2 kroki do oceanu, a jego widok powalał z nóg.

Aklimatyzatyzacja w nowym otoczeniu przebiegła błyskawicznie. Ten i następny dzień przeznaczyliśmy na relaks i plażowanie ze snoorkowaniem.

Kolejnego dnia wybraliśmy się do pobliskiego delfinarium. Pomimo odstraszającej ceny nie mogliśmy sobie odmówić bliskiego kontaktu z tymi ssakami pływającymi. Delfinarium posiada 3 delfiny – jedną samice dominującą i dwa młode samce, od 220-260 kg sztuka. Pierwsze 15 minut to zapoznanie z delfinami i krótki opis o ich egzystencjii a potem juz program APNEA!!! Było to niesamowite przeżycie. Zabrali nas do głębszego basenu gdzie mieliśmy okazję nie tylko zbliżyć się do delfinów, ale też praktycznie poznać je pod wodą a dokładnie rzecz ujmując popływać trzymajć je za płetwe i brzuch.Frajda niesamowita, aż nie chciało się wychodzić z basenu, Polecamy wszystkim miłośnikom delfinów!!!

Wyspa Wielkanocna

Listopad 8, 2011

Dotarliśmy do trzeciego punktu naszej wyprawy – tajemniczej Wyspy Wielkanocnej (Isla de Parsqua / Rapa Nui / Wielka Rapa). Przylecieliśmy ok 13:00 lokalnego czasu i z lotniska odebrał nas Alvaro – właścieciel naszego pensjonatu. Tradycyjnie zostaliśmy obdarowani wianuszkiem z kwiatów (tiare) w towarzystwie polinezyjskiej kapeli.

Alvaro zapakował nas do samochodu i po krótkiej przejżdżce po jedynym mieście na wyspie Hanga Roa przyjechaliśmy do pensjonatu Inaki Uhi. Mały rodzinnie prowadzony pensjonat zauroczył nas od samego początku.Palemki,drzewka owocowe pełno kwiatów…

Postanowiliśmy nie marnowac dnia i do wieczora zwiedzaliśmy pobliskie okolice w poszukiwaniu słynnych Moai. Na nasze szczęście przy nadbrzeżu stoi kilka sztuk, z którymi mogliśmy sie zapoznać juz pierwszego dnia:)

Reszte dnia spędziliśmy na rozpakowywaniu bagaży i przygotowywaniu kolacji:)

Drugiego dnia musieliśmy wybrać środek transportu jakim będziemy sie poruszać po wyspie. Pierwszym pomysłem był skuterek, ponieważ mieliśmy doświadczenie z wakacjii na greckiej wyspie Zakynthos , którą objechaliśmy skuterkiem. Niestety na Rapa Nui aby wypożyczyć skuterek potrzeba mieć prawo jazdy na motor, które nie posiadamy. Został nam tylko quad i samochód. Łukasz wybrał oczywiście bardziej ekstremalną opcję – quada:P

Najpierw udaliśmy się na południe wyspy do Orongo zobaczyć uśpiony wulkan Rano Kau oraz historyczną wioskę plemienia Make-MAke z licznymi petroglifami, skąd odbywały sie zawody o tytuł wodza wyspy polegające na jak najszybszym przyniesieniu jajka ptaka z wyspy Motu Iti.

Kolejnym celem był Ahu Akivi. Są to jedyne Moai na wyspie zwrócone w stronę oceanu. Niestety droga asfaltowa się juz skończyła i jazda quadem okazała się mordęgą. No dobra głównie dla pasażera bo Łukasz był cały czas zadowolony.
Większośc Moai na wyspie są zwrócone w kierunku lądu i miały chronić tubylców przed najazdem barbarzyńców z oceanu.
Umiejscowione są na platformach Ahu, które pełniły rolę grobowców. Moai na Ahu Akivi są szczególne gdyż przedstawiają siedmiu przybyszów, którym przypisuje się miano protoplastów mieszkańców Rapa Nui.

Następnie kierowaliśmy sie wzdłuż wybrzeża w kierunku miasta zatrzymując się przy punktach do zwiedzania.

Banana Cave

Zachodnie wybrzeże Rapa Nui

Jaskinia Ana Kaharga (wejscie dziurą w ziemi i dwa wyjścia w klifie nad oceanem)

Trzeciego dnia głownym punktem naszej wycieczki było Ahu Tongariki, czyli największe skupisko Moai znane między innymi z pocztówkowych zdjęć. Posągi te w XVIII wieku zostały poprzewracane podczas walk plemion krótko i długouchych. Postawione z powrotem w latach 60-tych 20go wieku kolejny raxz poprzewracane przez tsunami, które nawiedziło wyspę.Na szczęście dzięki pomocy stowarzyszenia na rzecz wsparcia Moai zostały ustawione w formie takiej jak widzimy dziś. Wcześniej jednak zobaczyliśmy po drodze wszystkie Moai i Ahu na wschodnim wybrzeżu wyspy, z krótkim przystankiem na piknik nad oceanem.

Po południu dotarliśmy pod wulkan Rano Raraku. Jest to miejsce bardzo szczególne iż własnie tu wydobywano kamienie, z których później rzeźbiono Moai.

Wyspa i koń

Na zboczu wulkanu znajduje sie kilkaset posągów, z których niektóre nawet dochodzą do wysokości 20 metrów.

Wreszcie dotarliśmy do głównego punktu wyprawy tego dnia. Posągi faktycznie robią wrażenie. Zwłaszcza jak podejdzie się bliżej widać ich ogrom , dostojnośc i można poczuć pewną magie, której nie doświadczy się nigdzie indziej gdyż Moai są tylko na Rapa Nui.

Ostatnim punktem planowanym na ten dzień było odwiedzenie jedynej pieszczystej plaży na wyspie Anakena. Pogoda nie sprzyjała kąpielom morskim ale mimo to Łukasz musiał skosztować pływania w oceanie na Wyspie Wielkanocnej. Trwało to zaledwie kilka minut ale można oznaczyć jako zaliczone:)
Dalej juz tylko powrót do domku na szczęście asfaltową drogą co musze przyznać również nie sprawiało przyjemności. Wniosek – jazda quadem jest do bani, przynajmniej dla pasażera.

Oczywiscie nawet na plaży nie mogło zabraknąć kliku Moai :)

Machu Picchu – 100 lat po odkryciu

Listopad 4, 2011

Poranek w Aquas Calientes przywital nas deszczem. Jedzac sniadanie zastanawialismy sie czy ten maly busik da rade po blocie wyjechac te kilkaset metrow w gore. Jednak po wyjsciu z hotelu zaczelismy zalowac ze nie wzielismy okularow przeciwslonecznych i olejka do opalania – slonce grzalo pelna mocą :)
Po dotarciu na miejsce spotkania grupy machupichowej na stacji pkp zapakowano nas w busiki i ruszylismy w kierunku „Starej Góry” (z peruwianskiego Machu Picchu)

Dotarlismy wreszcie na gore. Krete drogi i urwiste kilkuset metrowe przepasci sprawily ze 15minutowa droga dla Oli dluzyla sie w nieskonczonosc. Udalo sie jednak bez szwanku dojechac na miejsce.

Pierwsze wrazenie – cos niesamowitego. Zreszta ocencie sami:)

Świątynia Kondora

Przewodnik oprowadzil nas po calej cytadeli. Jak niektorzy uwazaja nie jest to ostatnia stolica inkow lecz zarowno w czasach konwistadorow jak i obecnie miejsce owiane tajemnica. Dla wiekszosci mieszkancow imperium inkaskiego miejsce to bylo rowniez nieznane stad tez tak malo informacji na temat i przeznaczenia i przyczyny opuszczenia miasta.
Jak opowiadal przewodnik jedna z teorii mowi ze byl to ostatni bastion krola inkow przed nacierajacymi hiszpanami

Po dokladnym zglebieniu ruin udalismy sie na pobliski szlak w dzungli ktory prowadzil do mostu inkow.

szlak okazal sie co najmniej ciekawy- pionowa skala ,szlak metr szerokosci i ogromna przepasc ( liny wzdluz szlaku – bardzo dobry pomysl) . Dzieki tej sciezce nie dla amatorow moglismy sie poczuc jak Hiram Bingham – sto lat temu odkrywajac to tajemnicze miejsce.

Aby uniknąć soroche, czyli tzn choroby wysokościowej musieliśmy „posilać” się co jakiś czas ekstraktem z koki bądź to w postaci herbaty, bądź to w formie surowej, czyli żując liście

Domek nad urwiskiem (strażnica górująca nad miastem w celu szybkiego ostrzegania przed najeźdźcą)

Szalona głowa … :)

Powrót do Cusco trwał wprawdzie 4 godziny, ale pierwszminęly szybko dzięki oknom w dachu pociągu, które umożliwiały stała obserwację otoczenia :)

Ostatni dzień w Peru to ostateczne pożegnanie z Cusco i jego walorami zarówno widokowymi jak i gastronomicznymi. Przed wylotem napełniliśmy żołądki stekiem z alpaki i chichą :>

Do zobaczenia Peru …

Peru – dzień drugi

Listopad 3, 2011

Wyruszylismy z hotelu o 9. Jechalismy busem cieszac oko wspanialymi widokami.

Pierwszy przystanek mamy w Awana Kancha   gdzie zobaczylismy rozne rodzaje lam i alpak. Najbardziej podoba nam sie lama huacaya , choć trzeba przyznać ze wszystkie sa na swoj sposób piękne i niepowtarzalne. Przed Łukaszem uciekaly wszystkie rodzaje jednak dobry fotograf potrafi nawet uwiecznic niemozliwe:)

W czasie wolnym udalo nam sie kupic  coca candy ktore podobno wspomagaja aklimatyzacje na tych wysokosciach i lokalny przysmak piwny na bazie kukurudzy (chicha).

Miejscowość Pisac z placem targowym Pisac Market to znane miejsce gdzie mozna kupic lokalne wyroby potomków Inków a także spróbować choclo con cansa ( pisownia ze sluchu:)) czyli ichniejsza kukurydza o duzych ziarnach podawana z pysznym serem, przez przewodnika nazywana ” horse teeth”.

Po rynku kreci sie duzo chetnych do pozowania peruwianskich malych dziewczynek z jeszcze mniejszymi lamami.

Naastepny przystanek mielismy w Urubamba (przy rzecze Urubamba), i dalej przejechaliśmy do Ollantaytambo. Miejscowość Ollantaytambo to bardzo ważny punkt w historii inkaskiej, gdyż znadjuje się w miejscu przecięcia się trzech dolin, z których jedna prowadziła do Cusco (stolicy). Miał to być punkt ostrzegawczy przed najazdem barbarzyńskich plemion na Cusco.

Teraz siedzimy sobie na kawce w Ollantaytambo. Czeka nas podroz pociągiem do Machu Picchu, które bedziemy zwiedzac.jutro. Na dzis pozostaje nam zakwaterowanie w hotelu i odpoczynek przed kolejnym dniem zwiedzania. Ciagle jeszcze nie przyzwyczailismy sie do zmiany czasu i troche nam sie miesza dzien z noca. Bedzie coraz lepiej;-) musi!

Uff   dotarliśmy do Aguas Calientes ( miasteczko u podnóża Machu Picchu) po 22. Jesteśmy zmęczeni i głodni więc biegiem do hotelu  na kolację. Po kolacjii przed spaniem jeszcze krótki spacer po miasteczku:)

Cusco de la maniana

Listopad 2, 2011

Podróz była dłuuuuga!!! Lot z Madrytu do Limy spędziliśmy w towarzystwie Peruwiańskiej babci:)   Była urocza z długimi grubymi warkoczami. Nad ranem babcia pogratulowała mi ze tak dlugo i dobrze spalam w nocy. Kochana:) Nie chcialam jej jednak mowic ze noc byłaby lepsza gdyby mi czasami nie podbierała mojego koca:D a wtedy robiło sie zimno;p ]

Lot z Limy do Cusco był krotki ale jakież to były widoki…. Piekne Andy robią wrażenie:) Cusco leży 3500 m n.p.m  Oczywiście od razu po wyjściu z samolotu odczuliśmy tą wysokość. Mozna to porownac do poranka po ciezkiej imprezowej nocy. Na szczescie organizm sie przystosował i po paru godzinach było juz lepiej:)

Po zakwaterowaniu w hotelu nie marnowaliśmy czasu tylko poszliśmy w poszukiwaniu lokalnego przysmaku na obiad tzn Cuy czyli grilowanej świnki morskiej  :) Człowiek głodny, to nawet skrupuły idą w zapomnienie że kiedyś się taką miało jako pupila w domu :)

W smaku dobra, takie delikatne mięsko z kurczaka, chociaż części zjadliwej raczej mało, co trzeba było poprawić faszerowanymi papryczkami.

Resztę dnia spędziliśmy na zwiedzaniu i poznawaniu pierwszej stolicy Inków zarówno od strony historyczno architektonicznej jak i handlowo-usługowej :)

Plaza de Armas

Mają fantazję reklamować się na górach :>

La Catedral

Prawie jak w Rio (a może Świebodzinie ?)

Babcia Inka

Zdziwiona ? :>

Koricancha – Świątynia słońca

I kilka zdjęć z nocnego spaceru

A co to świecące w tle ?

Selekcjoner w restauracji Tunupa

Koricancha by night

Jutro z samego rana wyjazd do Świętej doliny Inków więc dzisiaj bez szaleństw, spokojnie o 23 idziemy spać :)

Peru z lotu ptaka

Listopad 2, 2011

image

image

image

„mind the gap …”

Listopad 1, 2011

Dotarliśmy :> Pierwszy skok (Warszawa – Londyn) pomimo tego że krótki był dość wyczerpujący. W dniu przylotu udało się zobaczyć kilka najważniejszych punktów każdego turysty w Lądku.

Buckingham Palace

Westminster Abbey

No i kilka nocą :

London Eye

Parlament

St Pauls from Millenium Bridge

„London also occupied …” (Miasteczko namiotowe w Londyńskim Wall Street)

Noc spędziliśmy w przyjemnym King’s Cross. Udało się też spróbować halloween’owej pumpkin soup:)

Nastepnego dnia mielismy zaledwie kilka godzin w Londynie przed kolejną daleką podróżą. Trasa zwiedzania była więc lekka i przyjemna : Piccadilly Cicus , Soho, zakupy na Oxfort Street i na koniec odpoczynek w Hyde Park’u. A teraz czeka nas długa wyczerpująca podróz z dwoma przesiadkami : Londyn – Madryt – Lima – Cusco. OK 17 godzin samego lotu plus oczywiście czekanie na lotniskach…. DAMY RADE!!!!

Mamie dziękujemy za kanapeczki i crossanty – dzieki nim przetrwaliśmy:)


Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.